Informacje o Patera Murano na ciastka,cukierki vintage lat 70 - 11372835861 w archiwum Allegro. Data zakończenia 2023-08-06 - cena 289,99 zł WPHUB. Newsy 23 kultowe słodycze z lat 90'tych, które odeszły w zapomnienie. Bestsellery szkolnych sklepików! 23 kultowe słodycze z lat 90'tych, które odeszły w zapomnienie. Bestsellery szkolnych sklepików! Ewa. 03.04.2022 15:07, aktualizacja: 08.04.2022 18:19. Sentymentalnie wracamy dziś do lat 90' i 00' oraz do osiedlowych i Cukierki na 18 Lat na Allegro.pl - Zróżnicowany zbiór ofert, najlepsze ceny i promocje. Wejdź i znajdź to, czego szukasz! knickernicker Re: słodycze z dawnych lat 02.08.07, 13:48. - cukierki 'groszki' w plastikowych opakowaniach - zwierzatkach. - prazona soja (chociaz to nie slodycz :), ale dobra byla) - oranzada w woreczkach oczywiscie. - woda z saturatora, jak najbardziej (z sokiem!) - Visolvit wyzerany na sucho. Informacje o Cukierki szałwiowe 70g, tradycyjny smak, odpustowe - 6640777124 w archiwum Allegro. Data zakończenia 2017-01-08 - cena 1,99 zł Irysy o smaku z makiem pakowane po 1,4 kg. cukierki są bardzo kruche i miękkie. Sprzedaż tylko na całe opakowania. Opakowanie: 1,4 kg. okres przydat./mies.: 12. Każdy cukierek pakowany w osobny papierek. Doskonały prezent dla dzieci. Termin ważności minimum 2 miesięcy od zakupu. Produkt nowy, nieużywany, oryginalnie zapakowany. lKP9. Dołączył: 2011-02-06 Miasto: Majątek Liczba postów: 1721 5 sierpnia 2013, 23:03 Siedzimy sobie z mężem i wspominamy słodycze z dzieciństwa (świetny temat jak na tę godzinę, obym dożyła śniadania...xD) - rogaliki Star Foods, gwiazdki z MilkyWaya, gumy Boomer itd. itd. i przypomniały nam się cukierki. Były na wagę, typu "pralinki", kuleczki oblane czekoladą, a w środku krem orzechowy i cały orzech laskowy. Owinięte były w sreberko, złoto - czerwone z czarnym paskiem przez środek (stwierdziliśmy przed chwilą, że wyglądem przypominały "pokeball'e", jakkolwiek się to pisze - daleko nam do fanów Pokemonów). Nie mam pojęcia, czy istnieją nadal, pamiętam je tylko z dzieciństwa. Czy ktoś z Was je kojarzy? Nazwę, chociaż firmę? Bo ja chyba nie zasnę, jak sobie nie przypomnę Dołączył: 2010-03-20 Miasto: Sydney Liczba postów: 711 5 sierpnia 2013, 23:49 uwielbiałam je Dołączył: 2010-04-12 Miasto: Liverpool Liczba postów: 1415 6 sierpnia 2013, 00:43 moim numerem jeden byly lody pistacjowe Hortex w kubeczku... krecik0795 6 sierpnia 2013, 01:09 Dołączył: 2013-07-03 Miasto: Nowy Sącz Liczba postów: 2274 6 sierpnia 2013, 01:23 z cukierków ja uwielbiałam zozole , na szczęście do dziś są , ale już bardzo długo ich nie jadłam , bo ciężko na nie trafić takie na wagę , są owszem w zapakowanym , ale to się nie opyla , bo drogo za parę cuksów w torebce , czasami widzę , że sa na wagę , to wtedy się opali :], pamiętam też takie czeko tubki ,szkoda , że tego nie ma:] Dołączył: 2011-02-06 Miasto: Majątek Liczba postów: 1721 6 sierpnia 2013, 07:17 Ja z lodów jadałam oprócz lodów Bambino i Apaczów, Confetti (nie wiem czy jeszcze są);D były na patyku, różowe, w różowej czekoladzie i całe posypane posypką - kolorowymi cukiereczkamixD Snickersa też pamiętam, mniam!!! Dołączył: 2011-02-06 Miasto: Majątek Liczba postów: 1721 6 sierpnia 2013, 07:29 A pamiętacie: ?:D Yoko86 Dołączył: 2013-05-04 Miasto: Gdańsk Liczba postów: 54 6 sierpnia 2013, 07:37 Ja uwielbiałam lody Panda, gumy hubba bubba, gumy z naklejkami dynastii, których nie lubiłam, ale kupowałam, bo chciałam mieć uzupełniony do picia była w domu kogel mogiel:) Dołączył: 2009-06-03 Miasto: Łódź Liczba postów: 3147 6 sierpnia 2013, 07:43 Ja pamiętam słodki krem czekoladowo orzechowy w plastikowym serduszku. To było mało pospolite, ale było przepyszne. Cola cao też piłam :) do tej pory kakao przechowuje w tym pudełku ;) i guma donald i tysiące historyjek... A były jeszcze wafelki kukuRuku... Ach... Dołączył: 2011-02-06 Miasto: Majątek Liczba postów: 1721 6 sierpnia 2013, 07:54 Jeszcze jedne lody mi się przypomniały!!! Dinozaury na patykach (Dino...?)xD Śmietankowo - truskawkowe, były pyszne, takie kremowe... Byłam malutka jak je jadłam;D Dołączył: 2013-04-10 Miasto: Liczba postów: 3027 6 sierpnia 2013, 10:21 Krem do smarowania Snickers mniam :) Dobry byl tez taki MilkyWay, szkoda ze juz ich niema :( Cukierki z Ukrainy Wśród klasycznych słodyczy pierwsze miejsce zajmują z pewnością cukierki. Uwielbiane od pokoleń nie tylko przez dzieci, ale także przez dorosłych, doczekały się niezliczonych odmian i nie może ich zabraknąć w żadnym sklepie ze słodyczami. Cukierki ukraińskie to bogactwo smaku i tradycyjne receptury. Znajdą się wśród nich produkty unikatowe, nigdzie indziej niedostępne. Tradycyjne twarde karmelki, cukierki czekoladowe, nadziewane, a może galaretki lub krówki? Sam wybierz, która opcja najlepiej trafia w twój gust. Oryginalny smak ukraińskich cukierków Cukierki z Ukrainy cieszą się dużym uznaniem ze względu na ich oryginalne smaki i dużą różnorodność. Wśród produktów na wagę możesz wybierać spośród kilkudziesięciu odmian! Od tak wielu opcji może zakręcić się w głowie! Best Market oferuje cukierki z Ukrainy online oraz w sklepach stacjonarnych. Sprawdź, co znajdziesz w naszym sklepie pod hasłem cukierki Ukraina. Karmelki nadziewane to ponadczasowe słodycze, towarzyszące od dzieciństwa już naszym pradziadkom. Możesz wybrać np. nadziewane twarde karmelki Bim Bom, delikatne Yogurtini czy świetnie nam znane raczki. Miękkie cukierki toffi kupisz u nas w przeróżnych wersjach smakowych, od typowego mlecznego po kawowe i owocowe, a nawet z galaretką. Licznych wielbicieli mają cukierki czekoladowe i praliny, nadające się zarówno do podjadania na co dzień, jak i do delektowania się nimi na specjalne okazje. W Naszej znajdziecie także najbardziej rozpoznawalne słodycze Roshen. Nie może zabraknąć także uwielbianych przez najmłodszych lizaków. W sklepach Best Market dostaniesz to czego potrzebujesz lizaki na wagę oraz z galaretką. A to nie wszystko! Kupisz u nas także cukierki wafelki Johnny Krocker, cukierki z karmelem i orzechami Candy Nut, wyjątkowe cieniutkie rurki wypełnione nadzieniem Konafetto, klasyczne miętówki, unikatowe mleczne cukierki, a wielosmakowe galaretki. Sam wybierz swoje ulubione! Cukierki z Ukrainy na każdą okazję W kategorii cukierki ukraińskie sklep Best Market oferuje również produkty pakowane. Sprawdzą się one doskonale w roli ekskluzywnego prezentu, jako alternatywa dla dużych zachodnich marek. Obdaruj nimi bliskich z okazji imienin czy urodzin, wręcz jako podarunek na Dzień Matki, Dzień Ojca, Dzień Babci i Dziadka lub Dzień Dziecka, zaskocz ukochaną w Walentynki, a jeszcze lepiej – wręcz zupełnie bez okazji. Dorośli smakosze docenią bombonierki Shooters z czekoladkami wypełnionymi alkoholem. Trufalie w opakowaniu w kształcie serca będą prezentem wyrażającym więcej niż słowa. Możesz zdecydować się na klasyczną bombonierę Assortment, ekskluzywne rozpływające się w ustach bombonierki lub elegancko zapakowane żelki. Możesz również wybrać cukierki w standardowych opakowaniach, do podjadania z rodziną, przyjaciółmi lub w pracy. Ukraińskie cukierki zdobywają w Polsce popularność ze względu na ich pyszny smak i cieszące oko formy. Oryginalne tradycyjne receptury sprawiają, że często są to słodycze nie do kupienia w innych zakątkach świata. Skorzystaj z możliwości cieszenia się nimi. ZPC Śnieżka funkcjonuje na rynku już od ponad 70 lat. Pomimo wielu bardziej lub mniej sprzyjających okoliczności nadal rozsławia na cały świat historię polskiego cukiernictwa z lat powojennych. W „Śnieżce” mówi się, że historia zakładu, to opowieść o wielu pokoleniach, dla których najważniejsza była dbałość o wartością marki jest przywiązanie do oryginalnych i sprawdzonych receptur, które gwarantują wyjątkowy smak produktów. Od dekad słodycze z czerwonym logiem Śnieżki kojarzą się Polakom ze słodką przyjemnością, a kultowe Michałki®, to dla wielu nieodłączny towarzysz Świąt Bożego Śnieżki rozpoczyna się w 1946 roku, kiedy to na terenie starej niemieckiej fabryki „Hochwald Schokoladen Fabrik” oficjalnie otworzono polską firmę. Na początku swojej działalności zakład zatrudniał 86 osób, a pierwszy rok produkcji to łącznie 51 ton wyrobów galanterii lata przyniosły dynamiczny rozwój firmy – zarówno pod względem inwestycji technologicznych, jak i podnoszenia kwalifikacji pracowniczych. Czekoladowe pyszności i ich produkcja możliwa była między innymi dzięki zatrudnionym w fabryce Mistrzom Cukierniczym. Momentem przełomowym w historii zakładu stały się jednak lata 70-te. To w tamtym czasie z taśmy produkcyjnej Śnieżki zeszła nowa partia cukierków, które podbiły rynek i na stałe wpisały się w historię Dolnego Śląska. Mowa tutaj oczywiście o kultowych Michałkach®.Śnieżka jako jedna z nielicznych może poszczycić się piękną i równie słodką legendą, która leży u podstaw nazwy Michałki®. Otóż na samym początku, kiedy dopiero wymyślono nowy cukierek debatowano nad tym, aby nadać mu jakąś nazwę. Pracowała wtedy w fabryce młoda dziewczyna, do której zakochany w niej chłopak codziennie przychodził i której wyczekiwał u bram. Chłopiec miał na imię Michaś, Michałek inaczej. To właśnie na cześć wytrwałego młodzieńca oraz na cześć tej miłości nazwano nowa markę. Dziś nikt już nie wie, czy to prawda, czy tylko opowiedziana przez kogoś i powtarzana plotka, ale wszyscy zgodnie twierdzą, że historia jest piękna, mimo, że może być nie do końca to cukierki, które od lat goszczą na Wigilijnych stołach Polaków. W czasach PRL-u bywały nawet trudną do zdobycia i uwielbianą przez najmłodszych ozdobą choinkową. Zawsze w okresie świątecznym przyzakładowy sklep Śnieżki przeżywał prawdziwe oblężenie. Świetnie znany wszystkim sklep firmowy przy ul. H. Sienkiewicza 36 ściągał do siebie tłumy ludzi z całego Dolnego Śląska, a kolejki do sklepu ustawiały się już od 8 rano. Obecnie do sklepu dołączyły jeszcze dwie lokalizacje. Śnieżka posiada drugi sklep firmowy w Świebodzicach przy ul. Wałbrzyskiej 38 oraz sklep w Świdnicy przy ul. Długiej 2. Dzięki temu dziś kolejki w sklepach są nieco mniejsze, ale smak cukierków pozostaje niezmienny od 2010 roku ZPC Śnieżka to firma rodzinna, ze w 100% polskim kapitałem, skupionym w rękach jednego właściciela. Ostatnie lata to okres intensywnego rozwoju, zarówno pod względem infrastruktury, inwestycji w kapitał ludzki jak i rozszerzania asortymentu. Najważniejszym wydarzeniem pod względem inwestycji w ostatnim czasie było dla firmy otworzenie nowego oddziału fabryki – wyposażonego w linię produkcyjną pozwalającą na wprowadzenie do oferty ciastek. Dziś klienci na półkach sklepowych znajdą nie tylko cukierki Michałki®, ale również wafelki, batony i ciastka o smaku legendarnych Wytrwałość w dbaniu o naszą historię, oraz o historię produktów wpisała się na stałe w politykę firmy. Ze szczególną uwagą dbamy o ich tradycyjne receptury, tak by zachować najlepszą jakość produktów – zaznaczają w firmie i dodają, że Michałki® niejednokrotnie udowodniły swoje znaczenie dla regionu. W 2016 roku wyróżniono tę silną, powszechnie rozpoznawalną markę nagrodą Dolnośląskiego Gryfa za szczególne osiągnięcia na rzecz działalności Dolnego Śląska. 2019 rok przyniósł kolejny sukces – prawo do znaku „Jakość i Tradycja”. Znak ten przyznawany jest wyłącznie produktom o wysokiej jakości, tradycyjnym charakterze i udokumentowanym co najmniej 50-cio letnim procesie wyróżnienia niosą ze sobą ogromną dawkę motywacji oraz stanowią potwierdzenie ciężkiej pracy włożonej w rozwój ofertyMateriały promocyjne partnera Na rynku od blisko 70 lat. Smakowe gusta i upodobania Polaków zna jak mało kto, a produkowanymi w Lublinie karmelkami zajadały się całe pokolenia klientów. Fabryka Cukierków „Pszczółka”, bo o niej mowa, opuściła niedawno pamiętające jeszcze początki ubiegłego stulecia budynki przy ul. Krochmalnej. Przeprowadzka do strefy ekonomicznej to nie tylko zmiana adresu, ale i technologiczny skok w XXI wiek. Nowa fabryka to nowe wyzwania. Teraz „Pszczółka” chce podbić rynek czekoladowy. Andrzej Łopacki, prezes zarządu Fabryki Cukierków „Pszczółka” Sp. z w Lublinie – W roku 1952 fabryka „Pszczółka” została utworzona z Państwowej Fabryki Cukrów i Czekolady. Od tamtej chwili minęło 70 lat. Co się zmieniło, jak wygląda obecna sytuacja fabryki? Andrzej Łopacki, prezes zarządu Fabryki Cukierków „Pszczółka” Sp. z w Lublinie: – Można śmiało powiedzieć, że niemal wszystko się zmieniło w czasie tych blisko 70 lat działalności „Pszczółki”. Niemal wszystko, poza jakością i smakiem naszych wyrobów. Faktem jest, że przez wiele lat firma działała jako oddział Cukrowni Lublin, do czasu jej likwidacji. Klienci kojarzyli nas przede wszystkim jako producenta karmelków, których bazą był naturalny surowiec – cukier. W pewnym okresie były dwa zakłady produkcyjne, jeden w Lublinie przy ul. Krochmalnej i drugi w Opolu Lubelskim, który zapewnił pracę pracownikom likwidowanej Cukrowni Opole. Jednak ze względów ekonomicznych, ponieważ prowadzenie produkcji w dwóch obiektach było dość kosztowne, oddział opolski został przeniesiony do Lublina. Kolejną ważną datą jest rok 2010, kiedy decyzją Krajowej Spółki Cukrowej została wyodrębniona spółka prawa handlowego, w której 100% kapitału objęła KSC. I tak doszliśmy do nowego etapu w historii „Pszczółki”, budowy nowej fabryki. – W roku 2015 nastąpił przełom. Zaczęliście Państwo budowę nowego zakładu, w którym obecnie się znajdujemy. – Tak, można powiedzieć obrazowo, że przenieśliśmy się z mających ponad 100 lat obiektów przy ul. Krochmalnej do supernowoczesnej fabryki stworzonej na miarę XXI wieku. Byliśmy zdecydowani zrobić duży krok do przodu, zdając sobie sprawę, że nie ma innej drogi, żeby utrzymać się na rynku słodyczy, na którym panuje wielka konkurencja. Wiele firm zmieniło właścicieli, często były to wielkie, międzynarodowe koncerny spożywcze, dla których wydanie milionów na reklamę nie stanowiło żadnego problemu. Mówiąc obrazowo, produkcję samych karmelków można było porównać do równi pochyłej. Istniało poważne ryzyko, że w ciągu kilku lat „Pszczółka” przestałaby istnieć. Innego asortymentu fabryka nie mogła niestety produkować z uwagi na lokalizację, czyli przede wszystkim brak miejsca do rozwoju, powstania nowych hal czy instalacji linii. Stąd narodził się pomysł budowy nowego zakładu w strefie ekonomicznej. W grudniu 2015 roku została wbita w ziemię pierwsza łopata. Już w styczniu 2017 roku dostaliśmy pozwolenie na użytkowanie obiektu i w ciągu roku przeprowadziliśmy się z ul. Krochmalnej, przenosząc stare, ale wciąż dobre linie produkcyjne. Jednocześnie zakupiliśmy u uznanych zachodnich producentów z Danii, Niemiec i Włoch trzy nowoczesne linie do produkcji czekoladowej, które pozwoliły nam na rozpoczęcie wyrobu pralin, cukierków i innych produktów czekoladowych. Dzięki temu mogliśmy zaoferować naszym klientom wiele słodyczy, których nie było dotąd w naszej ofercie. Byliśmy przez lata jednym z największych producentów karmelków, klienci znali doskonale nasze sztandarowe wyroby. Po uruchomieniu nowej fabryki mogliśmy zacząć rozwijać się na rynku wyrobów czekoladowych i konkurować z najlepszymi. Mamy świadomość, że wchodzimy na teren trudny, ale pozwalający poprawić wyniki finansowe. – Większość maszyn pracujących w tym zakładzie jest nowa? – Poza częścią do produkcji karmelków, przeniesioną z ul. Krochmalnej, wszystko jest tu, czyli na ul. Spiessa, nowe. Jako ciekawostkę podam, że tylko w roku 2016, w trakcie budowy fabryki, dotarło ponad 100 tirów z urządzeniami i maszynami. Wiosną 2017 roku prowadziliśmy już próby rozruchowe, technologiczne i w rekordowo krótkim czasie, w maju i czerwcu, pierwsze produkty z logo „Pszczółki” pojawiły się już na rynku. – Jak dużą powierzchnię ma zakład, w którym obecnie się znajdujemy? – Budynek ma dwa poziomy o łącznej powierzchni m2, z czego same hale produkcyjne zajmują ponad m2. Żeby wyobrazić sobie, jakie zmiany nastąpiły w „Pszczółce”, powiem tylko, że jest to ponad siedem razy większa powierzchnia niż w naszym starym zakładzie. – To rzeczywiście dużo. Jak w związku z nowymi możliwościami produkcyjnymi zakładu zmieni się teraz asortyment produktów? – Oczywiście utrzymaliśmy produkcję karmelków, a nawet ją rozwinęliśmy, ponieważ przez blisko 70 lat znani byliśmy jako producent tych cukierków. Wielu klientów wciąż kojarzy nas właśnie z tymi wyrobami. Ufają nam i dalej pytają w sklepach o „pszczółkowe” kukułki i inne karmelki. Trochę pomogła nam także sytuacja na rynku. W pewnym momencie kilka zakładów produkujących karmelki zaczęło mieć problemy, co stworzyło lukę na rynku. Wykorzystaliśmy tę sytuację, zdobywając nowe zamówienia. Natomiast główną produkcją fabryki w przyszłości będą czekoladki i praliny. Klienci przyjęli dobrze nasze nowe wyroby, wiemy, że trafiliśmy w ich gusta. Mam tu na myśli Czekoladowe Sympatie o smaku pistacjowym czy migdałowym, czekoladowe Chochliki i Pychałki lub też nasze nowości z ostatnich miesięcy, a więc Mała Czarna, czyli kawa oblana czekoladą, Sól i Karmel, będąca wyszukaną kompozycją dwóch smaków w czekoladowej osłonie, Orzesz Ty! czy Poczuj Miętę. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy nowym producentem na tym atrakcyjnym, ale i wymagającym rynku. Staramy się jednak znaleźć dla siebie miejsce na sklepowych półkach i mimo trudnego czasu związanego z pandemią dajemy sobie całkiem nieźle radę. – A jak duży jest asortyment wytwarzanego towaru? – Łącznie mamy ok. 60 produktów, z czego ok. 30 proc. to karmelki. Natomiast cały czas pracujemy nad nowymi wyrobami, głównie czekoladowymi, tak jak wspomniane już przeze mnie Sól i Karmel czy Orzesz Ty!, będące połączeniem orzechów arachidowych, chrupków ryżowych i wyselekcjonowanej czekolady. Jak widać, staramy się cały czas zasypywać rynek nowościami, nowymi smakami. – Jakie nowości oferuje „Pszczółka”? – Mamy cukierki ekstrudowane, czyli o wytłaczanym korpusie, w innowacyjnych smakach, jak Słony Karmel, Orzesz Ty!, Mała Czarna i Poczuj Miętę, która jest udanym połączeniem smaków mięty i czekolady. Jeśli chodzi o kolejne nowości, to nie chciałbym wchodzić w szczegóły, ze względu na konkurencyjny rynek, ale będą to cukierki zarówno jednowarstwowe, jak i dwuwarstwowe, oblewane czekoladą i bez pokrycia czekoladowego. Plany marketingowe zakładają dużą ekspansję. W tym roku przedstawimy klientom co najmniej kilkanaście propozycji. Warto podkreślić, że spotykamy się z przychylnym przyjęciem naszych produktów. Konsumenci oceniają je jako bardzo dobre, nie tylko smaczne, również pod względem wizualnym, opakowania i owijki są nowoczesne, wpadają w oko. Trudno obok nich przejść obojętnie i o to przecież w handlu słodyczami chodzi. Tu królują emocje! – Czy mówimy tylko o rynku polskim, czy też przedstawiacie Państwo swoją ofertę na rynkach zagranicznych? – Rynek polski jest dla nas bardzo ważny, ale staramy się oczywiście sprzedawać nasze produkty również za granicą. Wysyłamy je do kilkunastu krajów. W Europie do Niemiec, Czech, Słowacji, Węgier, Rumunii, Serbii, Ukrainy, Rosji i Łotwy. Zaczęliśmy również sprzedawać do Włoch, które przecież uchodzą za ojczyznę słodyczy. Poza tym nasze wyroby można znaleźć z jednej strony na półkach w Stanach Zjednoczonych, a z drugiej strony na Bliskim Wschodzie, czyli w Jordanii, Iraku i Jemenie. Jesteśmy obecni również w Chinach. – Ostatnio uczestniczyliście Państwo w jednych z największych targów tej branży w Dubaju. Czy już można mówić o korzyściach? – Targi są miejscem, gdzie spotykają się producenci i dystrybutorzy. Dzieje się tak nawet w czasach pandemii. Gulfood to jedne z większych targów na świecie. Rozmawialiśmy tam z wieloma klientami, bardzo zainteresowanych naszymi produktami. Najbliższym efektem rozmów w Dubaju będzie eksport do Wietnamu. Rozpoczniemy też zapewne współpracę z Maroko, a także z kilkoma innymi krajami arabskimi, z którymi trwają obecnie zaawansowane rozmowy. – Czy to znaczy, że słodycze „Pszczółki” są już do kupienia w Wietnamie? – Nie zapominajmy, że targi były niedawno. Jak wspomniałem, takie wydarzenie służy spotkaniom, podczas których możemy zainteresować klientów naszym asortymentem i dopiero jeśli się to uda, zaczynają się rozmowy. Negocjacje toczą się przez kilka tygodni. Następnie jest dobór opakowań. Potem ich druk, co wiąże się z nawet kilkunastotygodniowym oczekiwaniem na próbki, na napisy w języku wietnamskim, arabskim czy chińskim. Dlatego pierwszymi efektami naszej obecności na targach w Dubaju będziemy mogli cieszyć się kilka miesięcy od czasu naszego powrotu. – Jest Pan związany z cukiernictwem od 30 lat. – Nawet dłużej. Całe moje życie jest związane z branżą cukierniczą, aczkolwiek z wykształcenia jestem chemikiem, absolwentem naszej znakomitej uczelni Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Jednak tak los zrządził, że w branży cukierniczej jestem od 40 lat. Pracowałem i uczestniczyłem w bardzo dynamicznym rozwoju innej firmy z Lublina, cukierniczej „Solidarności”. Od kilku lat pracuję w „Pszczółce”, z krótką przerwą. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że pracuje się tutaj znakomicie. Jest świetny, młody zespół, który jest bardzo zaangażowany, chce tworzyć nowe wyroby, rozwijać portfolio. Bardzo sobie cenię tę współpracę. Mam komu przekazać swoje doświadczenie w branży cukierniczej. – Ile fabryka obecnie zatrudnia pracowników? – Zatrudniamy od 200 do 300 osób, w zależności od sezonu i możliwości. Głównie są to pracownicy produkcyjni, aczkolwiek nowoczesne linie produkcyjne nie są tak pracochłonne jak te dawne do produkcji karmelków, gdzie wszystko trzeba było produkować ręcznie. Dzisiaj linie są tak zaprojektowane, by wyrób miał jak najmniejszy kontakt z człowiekiem, z uwagi na bezpieczeństwo. Kwestia bezpieczeństwa żywności jest dla nas kluczowa. Naszym klientom chcemy dawać jedynie radość z próbowania naszych wyrobów. Dyrektorzy FC Pszczółka: Justyna Budzyńska, Ewa Leszczyńska, Katarzyna Michałek, Krzysztof Wierzchowski, Marcin Dobrowolski. – Jakie Państwo mają plany na przyszłość? – Mamy dwa główne zadania. Pierwsze, bardzo ważne zadanie, to budowa marki i rynku. „Pszczółka” istnieje od blisko 70 lat, jednak świadomość marki jest nadal stosunkowo nieduża. Dlatego dążymy do tego, by mieć jak najszerszą rzeszę odbiorców, konsumentów. Chcemy należycie wykorzystać potencjał. Mamy nowoczesny i innowacyjny park maszynowy i chcemy z niego uzyskiwać „perełki”. Opracowujemy nowe wyroby, które co kilka miesięcy trafiają na rynek. Z uwagi na to, że „Pszczółka” kojarzona jest na rynku głównie z produkcji karmelków, pragniemy pokazać, że nie tylko one są w naszej ofercie, ale również cukierki czekoladowe i praliny, które mają być w niedalekiej przyszłości wizytówką naszej firmy. I jeszcze jedna ważna rzecz, ponieważ jesteśmy na tym rynku jedną z nielicznych firm z kapitałem w 100 proc. polskim, liczę także na tzw. patriotyzm konsumencki naszych klientów. – Temat karmelków siłą rzeczy już kilka razy pojawił się w naszej rozmowie, dlatego zapytam, jak teraz wygląda udział produkcyjny karmelków w stosunku do cukierków czekoladowych? – Około 60% produkcji „Pszczółki” są to nadal karmelki. Jeśli chodzi o krajowy rynek karmelków, jesteśmy w czołówce, a jeśli chodzi o niektóre rodzaje, nawet liderem, np. karmelki czekoladowane. To są ciekawe wyroby, bardzo chętnie kupowane przez klientów, jak Coffee Amo czy Mieszanka Imieninowa. Jednak z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że nabieramy rozpędu jeśli chodzi o produkcję pralin i cukierków czekoladowych i to jest nasze główne zadanie na przyszłość. Ponadto, nie ukrywam, że liczę na efekt świeżości. „Pszczółka” stawia pierwsze kroki na rynku czekoladek i pralinek i mam nadzieję, że klienci będą ciekawi, co mamy do zaoferowania. A póki co zapraszam do naszych firmowych sklepów, działającego od lat przy ul. Krochmalnej i nowego, przy ul. Spiessa, w naszej nowej siedzibie. Andrzej Łopacki jest absolwentem Wydziału Chemii UMCS w Lublinie. Ukończył także studia podyplomowe w zakresie zarządzania firmą w Wyższej Szkole Biznesu National Louis University w Nowym Sączu. Karierę zawodową związał głównie z Firmą Cukierniczą „Solidarność”, gdzie w latach 1983–2013 zajmował stanowisko dyrektora zakładów produkcyjnych w Kraśniku i Lublinie. Był także Przewodniczącym Rady Nadzorczej Firmy Cukierniczej „Solidarność”. W latach 2015–2018 pracował jako Kierownik Produkcji w Fabryce Cukierków „Pszczółka”. Od czerwca 2020 r. pełnił funkcję Członka Zarządu FC „Pszczółka, a od grudnia 2020 objął stanowisko Prezesa Zarządu Fabryki Cukierków „Pszczółka” Sp. z w Lublinie. Autor Piotr Nowacki Foto: Marcin Pietrusza Fot. PAP/M. Wegner "A na co mi pieniądze, panie? Co innego kartki. Wie pan no, na mięso bym wziął albo na cukier". Wodą na młyn publicystki historycznej są rocznice. To przy ich okrągłych okazjach przypomina się o tym, co często nawet nie istnieje na kartach szkolnych podręczników. Rok 2011 nie jest wyjątkiem – przynosi cały zestaw ważniejszych i mniej ważnych rocznic. Co jednak interesujące – wśród nich pojawiły się także takie, które wprost nie dotyczą polityki, a gospodarki. Otóż w lutym media dość powszechnie przypominały o rocznicy podjęcia decyzji wprowadzającej kartki na mięso, w kwietniu – przypominano o wprowadzeniu tej decyzji w życie. Rocznice kartkowe możemy jednak przypominać niemal co kilka tygodni. Minęło już 60 lat od zlikwidowania bonów na mleko, i wprowadzenia po raz kolejny reglamentacji mięsa. W sierpniu przypada 35. rocznica rozpoczęcia kolejnej reglamentacji cukru. Do tego dochodzi cały wachlarz rocznic trzydziestych – od wspominanej decyzji o reglamentacji mięsa po wiele, wiele innych towarów. Polska Ludowa była jednak państwem, które nie szczędziło swoim obywatelom „kartkowych” doświadczeń: w ciągu 45 lat jej istnienia artykuły pierwszej potrzeby były reglamentowane przez niemal połowę tego okresu. Czy istnieje dziś pamięć o kartkowej rzeczywistości PRL? Po części tak – co jest wynikiem własnej pamięci wielu Polaków, jak i scen z powtarzanych wciąż komedii filmowych (by przypomnieć wypowiedź Mańka, pracującego na budowie bloku przy ul. Alternatywy 4: "A na co mi pieniądze, panie? Co innego kartki. Wie pan no, na mięso bym wziął albo na cukier"). Pamięć ta sięga jednak jedynie ostatniego – choć najdłuższego okresu reglamentacji. Polska Ludowa była jednak państwem, które nie szczędziło swoim obywatelom „kartkowych” doświadczeń: w ciągu 45 lat jej istnienia artykuły pierwszej potrzeby były reglamentowane przez niemal połowę tego okresu. Rzecz jasna, nie tylko wspomniane powyżej towary były sprzedawane na kartki – przez prawie cały powojenny okres władze w różny sposób reglamentowały materiały budowlane, węgiel, samochody, etc. Reglamentacja jest zjawiskiem, które występowało w różnego rodzaju typach gospodarki. Znali ją także mieszkańcy rozwiniętych państw zachodnich, gdy dotykały je zawirowania związane np. z konfliktami zbrojnymi. Polska Ludowa była jednak przypadkiem szczególnym – istniejąca w niej reglamentacja była (z wyjątkiem pierwszych lat powojennych) przede wszystkim efektem prowadzonej przez państwo nieudolnej polityki gospodarczej. Do dziś kartki są jednym z symboli ekonomicznego bankructwa PRL. Pierwszy system reglamentacji Polacy niejako odziedziczyli po okresie okupacji niemieckiej. W okresie bezpośrednio powojennym na kartki sprzedawano chleb, mąkę, kaszę, ziemniaki, warzywa, mięso, tłuszcze, cukier, słodycze, mleko, kawę lub herbatę, sól, ocet, naftę, zapałki, mydło, a nawet wyroby dziewiarskie. W użyciu pojawił się wówczas mieszany system reglamentacji, tzn. równolegle obok siebie działały wolny rynek i reglamentacja. W ten sposób kartki stawały się swego rodzaju substytutem części wynagrodzenia, podnosiły realne płace. Były to sumy znaczne. W czerwcu 1945 r. chleb kartkowy kosztował od 0,75 do 1,5 zł, za „wolnorynkowy” trzeba było zapłacić 45-50 zł. Początkowo wprowadzono pięć kategorii kart zaopatrzeniowych, przynależnych w zależności od przydatności danych osób dla gospodarki narodowej i funkcjonowania państwa. Dodatkowo wielkość przydziałów zależała od miejsca zamieszkania uprawnionych (najniższe otrzymywali mieszkańcy miejscowości poniżej 10 tys. mieszkańców). Zmieniająca się sytuacja, a przede wszystkim konieczność „kupowania” poparcia dla nowych, komunistycznych władz, wymuszała korekty systemu. Wiosną 1945 r. wprowadzono dodatki dla – jak to określono – wybitnych pracowników naukowych i nauczycieli. Podobne dodatki stosowano także w niektórych gałęziach przemysłu, by w ten sposób nakłonić do pracy w nich potrzebnych pracowników. Tak było w górnictwie węglowym (normy górników zostały znacznie zwiększone – chleba i mięsa dwukrotnie, dodano im także im kawę). Owszem w ówczesnej rzeczywistości nie istniały szanse zapewnienia pełnej realizacji przydziałów. Gwarancje pełnych przydziałów podstawowych artykułów żywnościowych (mąki, ziemniaków, cukru, mięsa, tłuszczu) otrzymali więc robotnicy, kolejarze oraz pracownicy inżynieryjno-techniczni pracujący w najważniejszych gałęziach gospodarki. Gwarancje otrzymania artykułów pierwszej potrzeby rząd zagwarantował także pracownikom nauki, literatury i sztuki, nauczycielom, cywilnym pracownikom administracji publicznej. Podobna deklaracja dotyczyła także rodzin tych pracowników. Z czasem, z listy dóbr reglamentowanych zaczęto skreślać kolejne pozycje. W styczniu 1946 r. zrezygnowano z racjonowania zapałek i warzyw, w październiku tego roku skreślono z listy herbatę i kawę. W 1947 r. zlikwidowano kartki na sól i naftę, a 1 stycznia 1948 r. na ziemniaki. Generalna likwidacja aprowizacji reglamentowanej związana była z przejęciem przez państwo kontroli nad rynkiem wewnętrznym i praktyczną likwidacją wolnego rynku. 1 kwietnia 1948 r. zniesiono reglamentacyjne przydziały cukru, kaszy i wyrobów dziewiarskich. 29 września 1948 r. Rada Ministrów podjęła uchwałę o zniesieniu od 1 listopada kartek na chleb, mąkę i węgiel. Ostatecznie 11 grudnia 1948 r. uchwała Rady Ministrów system reglamentacji w Polsce przestał obowiązywać od 1 stycznia 1949 r. Czy jednak rzeczywiście była to likwidacja systemu kartkowego? Warto zauważyć, iż decyzje o rezygnacji z tego typu reglamentacji zaopatrzenia podjęto w niezwykle gorącym propagandowo okresie przygotowań do scalenia Polskiej Partii Robotniczej z Polską Partią Socjalistyczną (de facto likwidacji tej drugiej) i powstania Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Więc chociaż reglamentację kończono, jednocześnie w tym samym czasie w kilkudziesięciu miastach wprowadzono bony na mleko oraz na tłuszcze. Posiadacze bonów musieli rejestrować się w sklepie, gdzie później wyznaczana była data realizacji przydziału (3 lub 4 razy w miesiącu). Kupujący nie mógł wybierać, co zostanie mu sprzedane. A zatem mógł trafić na masło, tłuszcz wieprzowy, margarynę. Regulacje te obowiązywały do 1 lipca 1950 r., kiedy kartki na tłuszcze zniknęły z obiegu. Bony na mleko zlikwidowano w marcu 1951 r. Sytuacja zaopatrzeniowa w Polsce była jednak wciąż niestabilna. Jej załamanie w 1951 r. spowodowało, iż w wielu miejscach w Polsce w sposób spontaniczny odrodziło się racjonowanie zaopatrzenia – zakłady pracy na własną rękę organizowały skup i rozdawnictwo towarów (przede wszystkim mięsa) na potrzeby swoich pracowników. Te nielegalne działania służyły jednemu – uspokojeniu nastrojów społecznych. Kłopoty aprowizacyjne powodowały jednak coraz większe wrzenie, dochodziło do strajków. Wówczas pojawił się pomysł powrotu do reglamentacji. 29 sierpnia 1951 r. Prezydium Rządu wydało uchwałę w „sprawie ułatwień w nabyciu mięsa, tłuszczów wieprzowych i przetworów mięsnych […]”. Akcja wydawania bonów objęła jednak jedynie osoby zatrudnione w 1363 przedsiębiorstwach położonych w 14 województwach (z wyjątkiem koszalińskiego, olsztyńskiego i białostockiego) oraz dwóch miastach wydzielonych (Warszawie i Łodzi). Z biegiem czasu rozszerzono listę reglamentowanych towarów – w grudniu 1951 r. dołączono do nich masło i tłuszcze roślinne, w kwietniu 1952 r. mydło i środki piorące oraz cukier, w 1952 r. cukierki. 12 sierpnia 1976 r. władze PRL wprowadziły reglamentację cukru. Obawiając się negatywnych konotacji słowa „kartki” tym razem zaczęto używać słowa „bilety towarowe”. Osoby je posiadające miały prawo do zakupu określonej ilości cukru po dotychczasowych cenach (10,50 zł za kg), pozostała część cukru była dostępna w sprzedaży po cenach komercyjnych (26 zł za kg). Władze wprowadzony system reglamentacji uznały jednak za niewydolny. Dodatkowo jego mechanizm, który wyłączał z systemu przydziału kartek znaczną część ludności, zamiast uspokajać nastroje społeczne – przyczyniał się do ich zaogniania. Zlikwidowano ją więc 3 stycznia 1953 r. Rezygnacji z kartek towarzyszyły jednak znaczne podwyżki cen. Wspomniana wyżej decyzja zamykała na ponad 23 lata sprawę reglamentacji artykułów powszechnego użytku. Po raz kolejny do pomysłu reglamentacji artykułów spożywczych powrócono po nieudanej podwyżce cen w czerwcu 1976 r. 12 sierpnia 1976 r. władze PRL wprowadziły reglamentację cukru. Obawiając się negatywnych konotacji słowa „kartki” tym razem zaczęto używać słowa „bilety towarowe”. Osoby je posiadające miały prawo do zakupu określonej ilości cukru po dotychczasowych cenach (10,50 zł za kg), pozostała część cukru była dostępna w sprzedaży po cenach komercyjnych (26 zł za kg). Powyższa decyzja była po części wypadkową wydarzeń czerwca 1976. Po zamieszaniu z wprowadzaniem, a następnie wycofywaniem podwyżki cen artykułów spożywczych, ludzie przypuścili szturm na sklepy. Robotnicy i urzędnicy porzucali swe miejsca pracy, by tylko stanąć w kolejkach. Bywało, że tłum klientów demolował sklep bądź samowolnie przejmował znajdujący się na zapleczu towar. Pierwsza dekada lipca 1976 r. przyniosła blisko 200% wzrost dynamiki sprzedaży podstawowych artykułów spożywczych. Jednym z nich był cukier. Próbując walczyć z jego brakiem na rynku – władze (jak wówczas zapowiedziano – tymczasowo) zdecydowały się na reglamentowaną sprzedaż cukru. Rządzącym chodziło jednak także o ograniczenie spożycia cukru, aby uzyskane w ten sposób nadwyżki kierować na eksport. Liczono również, iż utrudniony dostęp do cukru ograniczy bimbrownictwo i zwiększy zyski państwowego monopolu spirytusowego. Kroki podjęte w 1976 r. nie zahamowały katastrofy gospodarczej. Wręcz przeciwnie – zbliżała się ona w zawrotnym tempie. Towary znikały ze sklepowych półek, rosły za to ustawiające się przed nimi kolejki. W 1980 r. mięsa i jego przetworów oraz czekolady i jej wyrobów wystarczało dla 75% potrzebujących, margarynę mogło kupić 79% zainteresowanych, ser – 80%. Na początku lat 80. braki w zaopatrzeniu dotyczyły 80% wszystkich artykułów konsumpcyjnych. Załamanie gospodarcze doprowadziło do wybuchu społecznego. Gdy nocą z 16 na 17 sierpnia 1980 r. w strajkującej Stoczni Gdańskiej im. Lenina redagowano ostateczną listę postulatów protestujących, w punkcie 11 zapisano: „Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku)”. W ten dramatyczny sposób robotnicy chcieli zapewnić Polakom chociażby minimalne zaopatrzenie w podstawowe artykuły spożywcze. Negocjacje na temat realizacji powyższego postulatu (a także rozszerzenia reglamentacji na inne grupy towarów) trwały przez następne miesiące. Przez pewnie czas władze chciały uniknąć tego kroku – obawiano się, iż wprowadzenie kartek (czyli de facto obietnicy możliwości zakupu) jeszcze bardziej zaogni sytuację społeczną i ekonomiczną. Zmuszone jednak rosnącym naciskiem „Solidarności” zdecydowały się w lutym 1981 r. na wprowadzenie reglamentacji mięsa. Istnienie reglamentacji było jednym z najbardziej czytelnych dowodów na krach socjalistycznej gospodarki. Przysparzała ona kłopotów nie tylko klientom i władzy, ale także sprzedawcom. Wokół reglamentacji rozrastał się legalny system biurokratyczny i nielegalny czarny rynek blankietów zaopatrzenia. Według tych unormowań, począwszy od 1 kwietnia 1981 r. obok istniejących kartek na cukier, wprowadzano reglamentowaną sprzedaż mięsa i jego przetworów (formalnie na trzy miesiące). Powstał bardzo skomplikowany system reglamentacji. Jego całość ujęto w dziewięć norm zaopatrzenia (w zależności od wieku i rodzaju wykonywanej pracy). W ramach tych norm szczegółowo podano wykaz przynależnego asortymentu mięsa. Został on podzielony, według jakości mięsa, uwzględniając zawsze mniejszy udział w przydziale lepszych gatunkowo mięs i wędlin. Powyższe zasady były uzupełniane szczegółowymi unormowaniami dotyczącymi sposobu dystrybucji kart zaopatrzenia, ich wykorzystywaniem i przechowywaniem. Warto podkreślić, iż tworząc te skomplikowane rozwiązania nie zapominano o szczegółach – z ówczesnej perspektywy – drobnych. Zadbano np. o to, by członkowie Związku Religijnego Wyznania Mojżeszowego otrzymywali odpowiednie przydziały w mięsie koszernym. Wprowadzenie reglamentacji mięsa otworzyło „worek z kartkami”. W kwietniu 1981 r. podjęto decyzję o wprowadzeniu reglamentacji masła, mąki pszennej, kaszy, płatków zbożowych, ryżu. W sierpniu do listy towarów sprzedawanych dołączył proszek do prania, w październiku podstawowe artykuły dla niemowląt. Czasami reglamentacja na dany towar była wprowadzana jedynie na określonym obszarze, tak jak było początkowo np. z alkoholem czy papierosami. Wspominany powyżej gwałtowny wysyp zasad i form reglamentacji zostały w pewien sposób unormowany w końcu grudnia 1981 r. Sprzyjało temu przygotowywanie wejścia w życie reformy gospodarczej. Jednocześnie pojawianie się coraz to nowych wykazów reglamentowanych towarów wymuszało całościowe rozwiązanie. Tak więc od stycznia 1982 r. zestawienie reglamentowanych towarów zawierało: mięso, masło, cukier, cukierki, czekoladę, mąkę pszenną, kaszę, płatki, ryż, alkohol, papierosy, proszek do prania, mydło toaletowe, oliwkę dla dzieci, mleko w proszku dla dzieci, mleko o zawartości tłuszczu 3,2%, smalec. Praktycznie połowa wszystkich wydatków żywieniowych została w ten sposób objęta bezpośrednią reglamentacją. „Ukoronowaniem” tych decyzji było wprowadzenie „kartki na kartki” – czyli specjalnego blankietu w formie wkładki do dowodu osobistego na której odnotowywano przyznane dane osobie blankiety reglamentacyjne. Wprowadzono ją do użycia 1 marca 1982 r. Była to próba zapanowania nad żywiołową dystrybucją kartek. Reglamentację na krótko wprowadzano także doraźnie. Dotyczyła ona oleju, butów, dywanów, owoców cytrusowych, artykułów szkolnych (zeszytów, bloków rysunkowych, kredek, zeszytów do wycinania, ołówków, temperówek, gumek, plasteliny, farb akwarelowych, pędzli). Pojawiały się dodatkowo również liczne reglamentacje regionalne. Stosunkowo późno, bo dopiero w lutym 1984 r. oficjalnie wprowadzono karki na benzynę (zaczęły obowiązywać w kwietniu tego roku). W praktyce racjonowanie benzyny istniało już wcześniej, przy czym miało różną formę, np. przez pewien okres wprowadzano ograniczenia w zakupie benzyny posługując się kluczem będącym hybrydą numeru rejestracyjnego auta i kalendarza. I tak, auta mające numer rejestracyjny kończący się na 1 mogły tankować 1, 11 i 21 dnia miesiąca, 2 – 2, 12 i 22 itd. Następnie limitowano zakupy benzyny, oznaczając fakt zakupu na dokumencie potwierdzającym zawarcie obowiązkowego ubezpiecznia komunikacyjnego OC. Władze wygenerowały skomplikowany system reglamentacji, który był rozbudowywany, usprawniany i biurokratyzowany. Po jego ostatecznym ukształtowaniu w obiegu funkcjonowało kilkanaście różnych blankietów uprawniających do zakupu towarów reglamentowanych. Zdarzało się nawet, iż ten sam towar występował na dwóch różnych karkach przynależnych jednej osobie (jak np. mięso). Oczywiście nie wszystkim przysługiwały identyczne przydziały deficytowych towarów. Specjalne względy mieli np. górnicy, którym przysługiwały specjalne kartki „G”. W każdym miesiącu za pomocą komunikatów w mediach oraz odpowiednich afiszy zamieszczanych w sklepach informowano, o wprowadzanych na bieżąco, zmianach w sprzedaży reglamentacyjnej. Zmian takich w każdym miesiącu było wiele, np. w grudniu 1984 r. za odcinek „mięso wołowe i cielęce z kością” oprócz produktu nominalnego można było otrzymać wymiennie mięso mielone lub kurczaki (pozostały drób był w sprzedaży bezkartkowej), a za kupony „mięsne” można było nabywać cukier, za smalec – masło. Przez długi czas obowiązywał system wymiany kartek na papierosy czy alkohol na słodycze. Podobnie ogłaszano też informacje, o specjalnych normach sprzedaży towarów za kupony oznaczone jako rezerwa. Warto podkreślić, iż wszystkie unormowania dotyczące systemu reglamentacji wymuszały pewne ograniczenia osób do nich uprawnionych. Różnego rodzaju wyłączenia dotyczyły rolników posiadających gospodarstwa rolne powyżej 0,5 ha, osób skoszarowanych, osób posiadających całodzienne wyżywienie z racji pełnionych obowiązków zawodowych, osób uchylających się od pracy, przebywających poza granicami kraju powyżej 30 dni. Wyłączenia te, przynajmniej w pewnych kwestiach, budziły zastrzeżenia. Istnienie reglamentacji było jednym z najbardziej czytelnych dowodów na krach socjalistycznej gospodarki. Przysparzała ona kłopotów nie tylko klientom i władzy, ale także sprzedawcom. Wokół reglamentacji rozrastał się legalny system biurokratyczny i nielegalny czarny rynek blankietów zaopatrzenia. Nie dziwne zatem, że władze dążyły do spektakularnego zakończenia sprzedaży kartkowej. Dochodziło do tego stopniowo: 1 lutego 1983 r. zniesiono reglamentację proszku do prania i mydła, w kwietniu tego roku papierosów i alkoholu, a następnie cukierków. W marcu 1985 r. zakończyła się reglamentacja mąki i części przetworów zbożowych oraz waty. W czerwcu 1985 r. definitywnie zakończyła się reglamentacja masła oraz tłuszczów zwierzęcych i roślinnych, czyli smalcu, słoniny i margaryny (wcześniej zawieszono ją w czerwcu 1983 r., ale po 5 miesiącach przywrócono). W listopadzie 1985 r. zakończono reglamentację cukru. 1 czerwca 1986 r. skreślono z listy towarów kartkowych kaszę manną, 1 marca 1988 r. zakończono reglamentację wyrobów czekoladowych, od 1 stycznia 1989 r. ostatecznie zniknęły kartki na benzynę. Ostatnim reglamentowanym towarem – co zresztą symptomatycznie – było mięso. Co prawda próbowano eksperymentalnie od 1 lutego 1986 r. wprowadzić sprzedaż bezkartkową mięsa w kilku województwach, jednak próba ta nie przyniosła pożądanych efektów. Jak żart na tym tle brzmiała polemika rzecznika rządu PRL z amerykańskim dziennikarzem, w której Jerzy Urban stwierdził, iż w Polsce właściwie nie ma reglamentacji, a jedynie gwarancja zakupu przez uprawnioną część społeczeństwa określonej ilości mięsa po zagwarantowanej urzędowo cenie. Faktycznie, przez czas obowiązywania reglamentacji można było nabywać (częściowo po cenach komercyjnych) niektóre gatunki mięsa i drobiu oraz baraninę. Wędliny dostępne były też Peweksie, a od 1987 r. dopuszczono swobodną sprzedaż targowiskową. Wszystkie te źródła zaopatrzenia były jednak poza zwykłym zasięgiem szarego obywatela. Reglamentacja mięsa przetrwała czerwiec 1989 r., który powszechnie uważa się za symboliczny koniec PRL. Zniesiono ją z końcem lipca 1989 r., choć jeszcze wiele zakładów pracy zdążyło swoim pracownikom wydać kartki obowiązujące na ten towar w sierpniu, a w drukarniach z maszyn zeszły nawet kartki wrześniowe. Kartki, podobnie jak PRL, przeszły do historii… Dr Andrzej Zawistowski, Instytut Pamięci Narodowej

cukierki z lat 70